zimnik10

Niebo nad Zimnikiem

Każdy wie, że prosto znaczy pięknie, że mało znaczy więcej i że wystarczy po prostu być. Wiemy też, jak trudno żyć w ten sposób, gdy świat wokoło mówi coś zupełnie innego. Prostota może dotyczyć także  wycieczki. Okazuje się, że wcale nie trzeba mieć duszy podróżnika i pomysłu na wyprawę, żeby przeżyć przygodę. Można pojechać tam, gdzie „byliśmy już tysiąc razy”…

…Tak? A ja tutaj jeszcze nie byłam. Pokażecie mi jak tutaj jest? – zapytała z prostotą i uśmiechem pani Ania.

Często obserwujemy, że  grupa prowadzona przez swojego wychowawcę zaczyna grać w podobnej tonacji. To samo dzieje się również na wyprawie.

Dolina Zimnika pozwoliła nam odkryć się na nowo. Ja też byłam tam milion razy, jednak w  taki sposób jeszcze nigdy. Dolina kipiała wodą i sączyła świeżą zieleń. Wody z hukiem wypłukiwały skały, tworzyły wiry , grzywy i wodospady.  Pierwsza po drodze była przewalona topola, która nawet w tak niewygodnej pozycji, przewieszona nad wodami, pokrzywiona i spękana zaczęła puszczać maleńkie gałązki. Każdy się na nią wdrapał i każdy skoczył w dół na miękkie omszałe lądowisko. Na każdej twarzy malowały się inne uczucia, każdy wykonał skok w swoim niepowtarzalnym stylu.  Drzewo pomogło przełamać wiele barier.

Przystanków było wiele, trudno zliczyć ile. Warto jednak zapamiętać, co się na nich działo. Potrzeba działania, przebywania razem, rozmów i zachwytów była tak ogromna, że nie powędrowaliśmy tam, dokąd planowałyśmy. Dzieci chciały po prostu się bawić. My byłyśmy,  zbierając cenne obserwacje, zatrzymując chwile na obrazach, podając duże kamienie, turlając kłody na most. Wyrażałyśmy zachwyt nad żukami, motylami i ćmami. To był mikrokosmos zabawy. Udało nam się nawet podpatrzeć żabkę schowaną w jamce błotnej. Jedna grupa dzieci budowała szałas, który zmieniał postać, kolejna pracowała w kuchni, inni mieli arsenał z błotnymi kulami. Kiilka metrów dalej, troszkę oddzielona od reszty grupa dziewczynek założyła fabrykę barwników i wydobywała kolory z darów natury. W tym miejscu również pracowały kobiety siłaczki, budujące most, w największym nurcie potoku. Budulcem były skały – potężne, turlane wspólnie i kłody – małe przewalone drzewka. Most stopniowo pokrywał się kolorami, produkowanymi w fabryce obok. Padały trudne pytania o pochodzenie skał, o to co było pierwsze woda czy dolina, co kryje się w kokonie pod kamieniem i dlaczego żuk ma długi ryjek.

Przyszedł czas na posiłek. Chłopcy układali stos pod ogień, mieli wsparcie, ale nikt ich nie poprawiał, nikt niczego nie narzucał. Ogień sam był nauczycielem, sprawił że zmienili ułożenie szczapek. Dziewczynki zajęły się układaniem talerzyków i tego, co może być wspólne na stole. Przygotowały chleby, kiełbaskę, były nawet obrusy… czekały na nas! Nie zabrakło niczego, nawet pogody. Chmury zawisły na Skrzycznym, jakby przytrzymane na ten czas. A wiemy, że błękit jest ostatnio rzadkością. Po skończonym posiłku można było jeszcze pomoczyć nogi.  Zawiązała się grupa zdobywców drugiego brzegu. Pokonali szczypiące zimno Zimnika, jego silny nurt i nieprzyjazny dla stóp kształt skał.

Troszkę obłoceni, przemoczeni w różnych miejscach, lekko rumiani od słońca i bardzo wypoczęci wróciliśmy na miejsce zbiórki. Było nam ze sobą tak dobrze, że padła nawet propozycja noclegu w dolinie a potem w busie. W ostateczności wybór padł na noc w Lidlu, a gdy i to okazało się niemożliwe, niektóre z dzieci postanowiły przenocować u Pani. Musimy to przemyśleć 🙂

Jesteśmy nauczycielami  szczęściarzami, którzy odpoczywają na wycieczkach z Waszymi dziećmi. To jest skarb.

Udostępnij

Share on facebook
Share on twitter
Share on google
Share on linkedin
Share on whatsapp
Share on email
Share on telegram