kubiesowka6

Kubiesówka… adwentowy czas

10 grudnia we wtorek, gdy trwała  szkolna zawierucha związana z końcem semestru, udało się wysupłać  jeden dzień na złapanie oddechu i pogłębienie relacji. Wydaje nam się, że to najważniejsze dla grupy w wieku 10-12 lat. Zamiast kalendarza adwentowego zaproponowałam uczniom wycieczkę. Miała to być tylko nasza wyprawa w góry, z plecakami, po raz pierwszy na noc. Wybrałam miejsce już sprawdzone gdzie wiem, że spotkam ciszę, spokój i otwarte serce pani Tereni. Tak było. Dopełnieniem jest piękna okolica, przestrzeń i możliwość bycia samodzielnym. Zależało nam abyśmy byli sami, chcieliśmy razem zrobić śniadanie i upiec gofry. Mi zależało żeby uczniowie samodzielnie wnieśli plecaki i zaplanowali menu, rozdzielając między siebie potrzebne produkty. Dodatkową przemiłą niespodzianką był śnieg, każdy z nas go pragnął. Wystarczyło na bitwę!

Wyruszyliśmy o 8:00 spod Tesco, całe szczęście autobus kursujący do  był pusty, mogliśmy więc spokojnie podróżować. Przy szkole w wysiedliśmy, podopinaliśmy plecaki i ruszyliśmy żółtym szlakiem prosto na Kubiesówkę. Ta trasa jest krótka jednak stroma, jest to też droga dojazdowa do przysiółka na Kubiesówce. Dobrze  nam się szło razem, dużo rozmów i podziwiania widoków. Każdy coś ważnego niósł w plecaku: toster, ciasto na gofry, mąkę, chleb, ser do tostów, słodycze, słoiczek ogóreczków, gry i…szlafrok.

Pani Tereska powitała nas jak zwykle ciepło, ona jest chodzącą ciszą nawet gdy u nóg platają jej się dwie malutkie wnuczki. Byliśmy sami, mogliśmy czuć się swobodnie. Czekała na nas herbata i malutkie przytulne pokoiki. Za oknem Rysianka, lekka biel i szare adwentowe niebo. Po drugim śniadaniu udało mi się zmobilizować ekipę do kolejnej wędrówki. Wydawało mi się że dobrze to wszystkim zrobi. Ruszyliśmy na Krawców Wierch, choć niektórzy bardzo się ociągali i oponowali ja nie poddałam  się. Wędrowaliśmy zupełnie sami przez las, łąkami, lekko zmrożonymi zagajnikami . Cała drogę zdzieraliśmy zmrożony śnieg, robiąc amunicję. Połowę szlaku przebiegliśmy pod gradem lodowych kul. 

Wkoło było ślicznie, trochę jakby adwentowo.Schronisko na Krawcowym wierchu zawiane śniegiem, ścieżka biała, schody białe. W progu stanął zaskoczony pan, który został w schronisku na posterunku. Pan czuł się zakłopotany ponieważ nawet nie miał wody na herbatę, więc podreptał do kuchni aby w dużym garnku, na piecu opalanym drewnem  zagotować dla nas wodę. Wyglądało jakbyśmy uratowali Pana przed samotnym popołudniem, wsadzając w jego ręce trochę pracy w postaci brudnych kubeczków. 

W dół biegliśmy pełni energii, ciesząc się ze spaceru. Zgodnie stwierdziliśmy że to był dobry pomysł. 

W domu czekał na nas pyszny obiadek, pani Tereska gotuje prosto i z miłością. 

Potem graliśmy w planszówki, jedliśmy czekoladki i było nam bardzo dobrze razem.

Wieczorem  poszliśmy w dół polany z latarkami aby rozpalić ognisko i usmażyć kiełbaski na kolację. Okazało się, że jest tam górskie boisko do piłki nożnej, ogrodzone siatką aby piłka nie poleciała w dół doliny. Sypał śnieg, latarki rzucały długie snopy światła w którym płatki magicznie błyszczały. Dzieci rozwiesiły latarki na siatce, przy słupach i rozpoczęli rozgrywki. Stadion górski, reflektory i sypiący śnieg, piłka momentami znikała i pojawiała się  w smugach światła z reflektorów, podobnie jak zawodnicy. 

Kolacją i ogrzewaniem się przy ognisku zakończyliśmy wieczór i  rozgrywki.

To był nasz dzień, po którym w leśnej ciszy Kubiesówki mogliśmy spokojnie się wyspać. Poranek był powolny i pracowity jednocześnie, ponieważ dzieci same robiły sobie śniadanie. Trudnością okazało się rozdzielanie ról, czekanie na swoją kolej do tostów i sprzątanie. Jednak przebrnęli przez to zadanie i ruszyli na kolejne rozgrywki piłkarskie. Część osób spacerowała ze mną odkrywając śródleśne polany, gdzie można było się do woli turlać.

Zmarznięci grzaliśmy się przy herbacie. Przyszedł czas na wyczekiwane gofry. Dziewczynki obsługiwały dwie gofrownice, rozdzielając każdemu równo gofry. Reszta grała w planszówki lub pilnowała swojej kolejki na gofra, wylizując dżem ze słoiczków.

Po gofrach, sprzątaniu i pakowaniu był już powrót…W oczekiwaniu na autobus, odśnieżyliśmy plac zabaw i rąbaliśmy przeręble w rzece. Gdy wjechaliśmy do Żywca, mieliśmy w sobie dużo radości, przestrzeni i powietrza.

To był dobry, adwentowy czas. Mogliśmy się poznać, jacy jesteśmy.

Udostępnij

Share on facebook
Share on twitter
Share on google
Share on linkedin
Share on whatsapp
Share on email
Share on telegram