Część 4 – Lubię patrzeć na kościół…

Jestem przekonana, że warto dotknąć kościoła. Warto pokazać go naszym dzieciom, aby mogły doświadczyć go na różne sposoby, wieloma zmysłami. Warto zatrzymać się na dłużej, znaleźć odpowiedni czas, aby nikomu nie przeszkadzać.

„W kościele najbardziej lubię sufit. Jak jest pomalowany, kiedy są na nim obrazy… Lubię na nie patrzeć. Widziałam kiedyś górę, a za nią był krzyż. A przed nią dół, a nad nim Aniołowie. Jak nie ma obrazów na suficie, lubię patrzeć na ołtarz. Czasem ołtarz jest murowany, a czasem drewniany. Wolę drewniane. Są na nim często rzeźby. Lubię, jak w kościele jest widno. Jak jest dużo światła. Jak promienie przechodzą przez kolorowe okna. Lubię patrzeć na nie. A najbardziej lubię drogę krzyżową. Niedawno, gdy byłam z dziadkami w Tatrach, widziałam taką rzeźbioną. Bardzo mi się podobała. Lubię być w kościele – jak nie ma za dużo ani za mało ludzi. Tak, żeby wszyscy siedzieli. Tak było dzisiaj. Tak lubię najbardziej”.

To moja Helenka.

A ja pamiętam z dzieciństwa…

Parafię mojego wujka Tadzika. Przez wiele lat był proboszczem wiejskiej parafii, gdzie stał maleńki kościół. Co roku spędzaliśmy wraz z moim rodzeństwem, u wujcia na plebanii, połowę naszych wakacji. Układaliśmy kwiaty w kościele, sprzątaliśmy zakrystię, pomagaliśmy liczyć tacę, wieszaliśmy nowe ogłoszenia w gablotach, zbieraliśmy truskawki, karmiliśmy kury, kaczki i indyki. Całe dzieciństwo rosłam w przekonaniu, że parafia oprócz normalnych ludzi składa się z księdza proboszcza, pana kościelnego i złotnika. Wujek remontował kościół. Była to barokowa perełka. Pan złotnik miał tam pracy na lata. Pozostał w mojej pamięci jako nierozłączny element życia parafialnego. Pan kościelny kojarzy mi się z ogromnymi kluczami do kościoła. Już nigdy później nie widziałam podobnych. Często towarzyszyliśmy mu w otwieraniu i zamykaniu potężnych drzwi. Ciężar tych kluczy do dziś czuję w dłoniach, a zgrzyt zamka nadal słyszę w uszach. Tęsknię za tym czasem. Mój wujek juz dawno nie żyje. Drzewa wokół modrzewiowej plebanii zostały wycięte. Chyba nie chcę już tam pojechać… Niech pozostaną te wspomnienia.

Dlaczego o tym piszę? Bo jestem przekonana, że warto dotknąć kościoła. Warto pokazać go naszym dzieciom, aby mogły doświadczyć go na różne sposoby, wieloma zmysłami. Warto zatrzymać się na dłużej, znaleźć odpowiedni czas, aby nikomu nie przeszkadzać. Aby poczuć chłód posadzki, zapach kadzidła, ciepło drewnianych ławek i aksamitną w dotyku powierzchnię marmurowych kolumn. I koniecznie doświadczać tego wszystkiego razem – rodzice z dziećmi. Zacząć od wielkich drewnianych drzwi, zajrzeć przez dziurkę od klucza. Rozejrzeć się w kruchcie. I zapisywać na kartce to, co widzimy. Nazywać wszystko po kolei. My, jako rodzice zamieniamy się w przewodników. W kościele jestesmy cicho, staramy się mówić jedynie szeptem. Słychać jedynie chorały gregoriańskie, które bardzo pomagają w zachowaniu sacrum. I po kolei odkrywamy to miejsce. Jak nazywa się to dziwne naczynie z wodą przymocowane do ściany w przedsionku? Do czego służy? Skąd bierze się tę wodę? Do czego służą przeszklone gablotki? I dalej… Droga krzyżowa, jakieś tablice, napisy, nazwiska, daty… Dziwne szafy, do których wchodzą księża. Wysoko na ścianach prawdziwe świeczki, a bliżej ołtarza jedna wielka z przymocowanymi czerwonymi kulami. I jeszcze dużo obrazów, jakieś postaci, przedmioty, wstążki i chorągwie. Nad głową jakiś balkon… I mnóstwo ławek. Można je policzyć. W każdej zmieści się 5-6 osób. To ile osób może siedzieć w czasie nabożeństwa? Dla wielu będzie to bardzo ciekawe zadanie. Aż wreszcie to, co w centrum uwagi: wielki stół, biały obrus, świece, krzyż, wielkie i bardzo wygodne fotele wokół. Dla kogo? Po prawej stronie coś dziwnego z wielką przykrywką. Można zajrzeć do środka. Tyle pytań i tyle odpowiedzi! Nasze karty zapisane albo zarysowane, jeśli nie umiemy jeszcze pisać To nic, że nie znamy odpowiedzi na wszystkie pytania. Po pierwsze, nie jesteśmy sami, a po drugie, każdy ma w kieszeni podpowiedź… To również dla nas, dorosłych frajda z odkrywania nazw i przeznaczeń miejsc, przedmiotów oraz symboli, którymi na co dzień się otaczamy. Na koniec najważniejsze: maleńki domek, w którym Ktoś mieszka… Jeśli jest z nami kapłan, gromadzimy się wszyscy i w głębokiej ciszy klękamy z dziećmi bardzo blisko. Ksiądz otwiera Tabernakulum. Teraz możemy zrozumieć, dla Kogo to wszystko wokół.

Ale to jeszcze nie koniec.

Teraz zapraszamy wszystkich: dzieci i rodziców, do znalezienia sobie dobrego miejsca i fragmentu kościoła, który w szczególny sposób zrobił na nas wrażenie, albo po prostu nam się podoba. Jestesmy przecież u siebie... I zaczynamy rysować. Patrzeć i rysować. Rysunek z natury. Rysuje mama, tata, brat, siostra… To jest ta moc rodziny i naśladowania. Chorały w tle. Czysta kontemplacja. Może okazać się dla kogoś najbliższym i najbardziej naturalnym sposobem modlitwy. Warto spróbować.

Część 5 – Obraz

Warto postarać się, by nie przegapić tego momentu, w którym pragnienie bliskości Boga i Jego obecności jest całkowicie naturalne.

Część 6 – Z piórem w ręku

Warto postarać się, by nie przegapić tego momentu, w którym pragnienie bliskości Boga i Jego obecności jest całkowicie naturalne.